Ibuprom | Dla Niepokonanych

X

Katz czyli gadający do siebie

Rozkręcanie i skręcanie tak, żeby nie można było tego potem poznać.

Głosów: 251 116 miejsce w rankingu odsłon profilu: 2630
2009-08-21

Więc co?

Od kiedy nastał też dzień, wcześniej była tylko noc a czasami kosmos, przestałem się dobrze czuć w kapciach, i w tym apartamencie trzeciej klasy wszystko mnie denerwowało. Irytowała mnie zwłaszcza jego pretensjonalność, tandetność wykonania i niepraktyczność. Osaczał mnie gdy za oknem perspektywa nieznanego lądu. Na razie niedostępna bo aura w dalszym ciągu miota arbuzami wypełnionymi wodą, albo czymś czego wolę nie poznać. Arbuzy w dotknięciu z kadłubem pękały jak bańki mydlane, wylewając wiadra cieczy, wolę myśleć, że to woda. Sztorm się wzmaga i rzuca odwłokiem statku tak, że filiżankę z herbatą muszę mocować do stołu za pomocą gumy do żucia.     

Zachowywałem się celowo prowokacyjnie – muzyka na pełny regulator, przestawianie sprzętów, przewieszanie obrazów, walenie młotkiem, przekleństwa, śpiewy. Pociąłem obraz Chirico na mniejsze fragmenty – osobno komin, osobno cień arkad, osobno karczochy okropnie brzydkie, nieudolnie namalowane. Mam gdzieś jej obecność. To złamanie zasad kontraktu. W punkcie ósmym czytamy: wyprawa podjęta przez ochotnika jest absolutnie nieodwoływalna i przebiegająca w samotności. Chyba, że nastąpią warunki podpunktu „D”, czyli: nieznany zbieg okoliczności. Żądam widzenia z moim adwokatem!     Także rozstroił mnie napis na jej lustrze:     

- Musimy coś z tym zrobić. - Napisany szminką. Dostrzegłem go nagle, kiedy postanowiłem zgolić brodę. Napisała na swoim lustrze, domyślając się, że będę go mógł przeczytać.     

- Z czym? - Rzuciłem w kierunku lustra. Brak odpowiedzi. Alicja milczy, Alicji nie ma. Szukam czegoś do pisania na szybie, niestety nie mam szminki. Gryzmolę długopisem na kartce to swoje „Z czym?” i przyklejam ją do lustra. Zostawiam też światło w łazience, bowiem tylko w ten sposób może ją zobaczyć patrząc ze swej strony lustra weneckiego, albo fenickiego jak chcą tego inni.     

Wracam pisać dalszą część powieści pornograficzno-meterologicznej. Noe targuje się ze Stwórcą po czterdziestu dniach ciągłego kopulowania i narzekania na pogodę. Targuje się o monopol na produkcję wina po ustaniu powodzi oraz na wyłączność w zakładaniu ośrodków odwykowych. Cwanie ustępuje od drugiego warunku. W swojej naiwności nie wie, że sam się pierwszy urżnie i będzie latał nago po winnicy propagując wolną miłość.

2009-08-21

Przejście fazowe

Chaos Chaos

Jestem sterownikiem rozmytym na skutek zawilgocenia moich neuronów. Snuję się po ciemnych korytarzach, nie mam co robić, nie chcę mi się nic robić, robić nie ma sensu. A kto powiedział, że to ma mieć sens? Odloty i powroty - takie skakanie z miejsca na miejsce, a gdy pomyślisz to nigdzie się nie ruszałeś.     

Zajrzałem do łazienki - za lustrem ciemno. Pewnie się zorientowała i powiesiła czarną zasłonę. Nie jestem zmartwiony. Oczywiście, że popatrzyłbym sobie, samotny mężczyzna też ma pewne prawa, ale jak nie chce to nie.     

Z trudem piszę zaplanowaną powieść pornograficzno-meteorologiczną. Nie wyszedłem poza wstęp, gdzie Noe na swojej barce, która wbita jest dziobem w górę Ararat, nudzi się śmiertelnie podczas padającego nieustannie deszczu, i gdy już z Nammah swoją żoną, przećwiczyli wszystkie sześćdziesiąt dziewięć pozycji Kamasutry, zastanawia się jak nakłonić do współżycia samicę gwiazdonosa. Niestety na to samo ma ochotę palczak madagaskarski Aye-aye, który koniecznie pragnie włożyć palec w nos naszej gwiazdy. I w tym miejscu powieść wydała się mi jałowa, ponieważ proponuje on Noemu trójkąt, a Noe nie znajduje w niej jakiegoś zaczepienia dla siebie. Po prostu brak pomysłów. Dlatego włączam ponownie głośnik i słucham bajdurzeń zakatarzonego głosu:     

- Planetoida wraca do naszego układu słonecznego, a Wy wraz z nią. Ostatnio była tu za czasów sumeryjskich. Jest hipoteza, że wcześniej zderzyła się z Tiamat i z tego poczęła się Ziemia i Księżyc. Dlatego jej roli nie należy nie doceniać. - Znów podciąga nosem.     

- Istnieje takie prawdopodobieństwo, że zechce, że tak powiem, powtórzyć ten manewr i rozmienić Ziemię na drobne. Ale na razie się tym nie przejmujcie. Mamy kilka pomysłów w zanadrzu żeby temu zaradzić. Nie powiem jakich by nie wzbudzić niepotrzebnej sensacji. Teraz i tak sytuacja jest trudna. Protesty, strajki, obcięte fundusze. Ja sam jestem jedynie skromnym wolontariuszem, więc nie miejcie do mnie pretensji jeśli nie mówię składnie. Macie siebie, jesteście dobrze wyposażeni, nic Wam nie brakuje. A u mnie żona w szóstym miesiącu ciąży, kredyt za mieszkanie do spłacenia na trzydzieści lat. Sam mam trzydzieści sześć, także nie mam szans na wycieczki do mojego ulubionego Haydameki, gdzie likier pije się z fontanny...     

- Przepraszam poniosło mnie, brakuje mi inwencji a każą mi Was namówić do czegoś czego bym sam nie zrobił. Na szczęście kończy się zasięg transmisji i mój dyżur więc Was pozdrawiam. Jeszcze ostatni łyk...

2009-08-20

Bzdury

Pianissimo, żeby nie gwałtownie, sforzando aby obudzić.     

- Dzień dobry wszystkim. Poniedziałki są takie nachalne, wszyscy razem je odczuwamy, więc proszę o wyrozumiałość. Nastąpi teraz dłuższy wywód. Prosimy usiąść wygodnie, zaparzyć sobie kawy lub herbaty. - Puszczają muzykę.    

- Bardzo cieszymy się, że wszystko u Was w porządku, że lądowanie przebiegło w miarę bezboleśnie, że zapewne już się poznaliście i siedzicie teraz razem słuchając nas. Staraliśmy się Was dobrać charakterologicznie, emocjonalnie,  fizjonomicznie, rasowo, seksualnie, medycznie, zodiakalnie, uwzględniając kosmogramy, wzajemne ascendenty i descendenty, a wszystko to po to byście byli zadowoleni. - Głos przerwał i słychać było stłumione smarkanie.    

- Przepraszam. Przyznamy, że lądowanie to było najzupełniej przypadkowe i przeprowadzone w tych warunkach perfekcyjnie. Można porównać je do lądowania muchy na smeczowanej piłce tenisowej.     - Wylądowaliście na planetoidzie, choć Amerykanie upierają się, że to planeta, ale wiecie o co chodzi Amerykanom! Mniejsza o to, najważniejsze, że cudem boskim, sądząc po składnikach, nie jest ona dla Was trująca, ani zbyt zimna. Trochę deszczowa - to prawda, ale klimat się niedługo poprawi, obiecujemy.     - Niestety przy lądowaniu nie obeszło się bez pewnych uszkodzeń. Na przykład nie mamy łączności zwrotnej, także Was nie słyszymy, ale jesteśmy przekonani, że bawicie się dobrze. - Kichniecie.    

- Teraz niespodzianka! Wracacie na Ziemię! A właściwie w jej pobliże. Będziecie tak blisko, że możemy się spotkać. W razie czego, gdyby wyszło inaczej, mamy dla Was i dla Ziemi wyjście awaryjne.    

- Dość tych bzdur. - Powiedziałem znajdując wreszcie wyłącznik głośnika.

2009-08-20

Deszcz dreszcz

Za oknem mglisto i siąpi. Wilgoć wszystko rozpulchnia, czyni gąbczastym, nasącza oślizłością. Mżawka zmyła z okien gęstą maź po burzy, o ile ta burza była, i widać wreszcie gdzie tkwię - statek wystawał odwłokiem z lądu niczym tłusta foka. Jestem byłym astronautą, może więc sprawdzę się jako latarnik? Szybko się adaptuje. Światło sączy się jak skraplające się krople wody na szybach. Mimo to widzę plażę w oddali i fale, które głaszczą jej wzgórek porośnięty czymś roślinnym – ale mam nieznośne skojarzenia! Muszę przestać o niej myśleć! Tak dobrze było gdy nie wiedziałem o jej istnieniu. Owszem, miałem podejrzenia i to mi wystarczało w zupełności. Czas zapomnieć o tym incydencie, myśleć o wynikach w lidze curlingowej. Mój obecny tryb życia powinien być mniej refleksyjny, powinienem zmierzać już do emerytury. Należy limitować sobie niezdrowe doznania, nieznośne relacje z kobietami, które chcą być drapane po plecach, kolekcjonują serwety w ilościach hurtowych i próbują naprawiać świat szydełkiem nie pytając się czy ktoś tego potrzebuję.    

Mam dużo czasu, więc od rana będę pisał powieść pornograficzno-meterologiczną, w południe zajmę się kontemplacją zasięgu mocy mojego umysłu, i czy sięga ona do plaży bym mógł za jego pomocą rozpalić tam grilla, wysmażyć sobie karkówkę, zjeść to niezdrowe jedzenie, gapiąc się w morze. I czy byłoby to na tyle sugestywne, żebym poczuł się syty. Potem oddałbym się nudzie, hodowałbym pająki, uczyłbym je kalkulowania. Nocami natomiast penetrowałbym statek wydając dziwne burczenie, w poszukiwaniu innego wyjścia, a nie przez jej mieszkanie, aby mogła mnie kontrolować kiedy wychodzę i poco.    

Potem zająłbym się przyrostem naturalnym. Ludzi przybywa na Ziemi z godziny na godzinę i nie chce mi się wierzyć, że sąd ostateczny ma dopiero nadejść, ponieważ nawet największa chuć nie tłumaczy ich aż tylu. Podejrzewam, że wielu z nich zwyczajnie nie wiedząc na co, zmartwychwstało i szwenda się bez celu po planecie, dlatego że powołał ich Pan, ale oni o tym jeszcze nie wiedza. Nikt jeszcze zresztą nie wie. Dopiero jak odezwie się Jego głos...    

W tym momencie zaskrzeczał głośnik od dawna nieczynnego, intercomu. Coś próbowało przebić się przez trzaski. Coś upiornego, coś co powodowało u mnie nieprzyjemny dreszcz kolan i grdyki. Jak ustał to odstawiłem gwałtownie kieliszek.

2009-08-20

A o co chodzi?

Chodzi nie o pieniądze, nie o emeryturę. Nie o to, że się starzeję i nie o to, że zależy mi na awansach. Nie chcę się dostosowywać, a prężenie muskułów mnie śmieszy, ciągłe powtarzanie męczy. Owszem spotkać się czasami i pogadać. Zauważyć nadsłuchu-jący czas, pewną melancholię, pewne zdziwienie, pewne zakłopotanie, że to znowu ta sama rozmowa co w zeszłą niedzielę u ciebie w saloniku (jak nazwałaś kajutę trzy metry na cztery), przy dobrym winie, które przyniosłem i przygotowanym przez ciebie deserze. Mnie by smakowało, gdybym tylko umiał przekroczyć próg, zaintonować pieśń powitalną, błysnąć komplementem, zaimponować portfelem, obsypać brokatem i na koniec zdrzemnąć się na fotelu. Za kawę bym podziękował po raz setny, przecież ja kawy nie piję i nie lubię a ty nie słuchasz co mówię, zaabsorbowana sobą, tym czy dobrze wyglądasz, wygadujesz jakieś egzaltowane dytyramby na swój temat. Zresztą za ciastkami również nie przepadam, a gadanie doprowadza mnie do napadów ziewania, którego za nic nie potrafię powstrzymać. W pewnej chwili wstałbym, mówiąc, że mam coś do zrobienia, coś ważnego, o czym zapomniałem, na przykład nastroić pianino. Przepraszam, że się zdrzemnąłem ale słodycze były takie kojące. Widzę zdziwienie w twoich oczach i wyniosłość, co interpretuje jako lekki smutek, lecz ty nie zatrzymujesz i dobrze. Potem powrót i ten sam rytuał co zawsze. Spoglądam za okno. Sprawdzam - tkwię tam gdzie poprzednio, trochę się krzątam, dalej czuję ociężałość, chyba szarlotki zjadłem odrobinę za dużo. Sięgam do barku, chwilę się zastanawiam nad tym jaki efekt w sobie dzisiaj wywołać. Wybieram wódkę, a może raczej Fernet Stock. Biorę książkę i kieliszek, idę na kanapę. Czytam zdania, nic nie rozumiem, jeszcze raz ale to mnie nuży. Odkładam zniecierpliwiony, obrazy same pojawiają się przed oczyma, słowa układają się w zdania i już rozmawiamy! O wszystkim, o czym nigdy nie porozmawiamy - o pasjach, o przeszłości, o podróżach, o snach. Nie to nudne, chociaż takie ekscytujące dlatego, że to film o nas. Potem o seksie i czemu się nie udał. Co robisz nie tak oraz czego oczekuję, parę pikantnych szczegółów, namawiam cię do zwierzeń samemu się nie rewanżując. Ktoś nie mówi prawdy, oczekujemy cudu i on jest w zbyt przeciągniętym dotyku. Rozbieramy się albo idziemy do siebie – co wybierasz?
2009-08-20

Spokój?

Maska Maska

Nastąpił po wielu dniach panoszeniach się efemeryd, syren, harpii czy innych kobiecych personifikacji, po ich zawodzeniem, po zgrzytaniu wybrakowanym uzębieniem, rzucaniem klątwami, nastąpił spokój. Robię porządek, sprzątam po akrobacyjnych ewolucjach mojego mieszkania. Ot impreza na której mnie nie było. Albo częściowo! Zabrałem wszakże jedynie niedopite pół litra wódki z barku i się zabarykadowałem w windzie. Reszta się świetnie bawiła sądząc po efektach.    

Odkurzacz koił monotonią. W tle Rachmaninow skacowany. Dywan poplamiony i niepotrzebne wspomnienia.    

- „Musisz się dostosować człowieku, cokolwiek się się nie dzieje, dbaj o figurę i gnaj przed siebie.” - Takie słowa pojawiały mi się w głowie pod wpływem widzianych kiedyś reklam i wpojonych nakazów matki.    

Co chwilę wpadałem do łazienki, by sprawdzić. Przecież lustra to nie są lustra jedynie, to oczywiste. To są także miraże – przecież nie wprawiłem zwykłych tylko, te no weneckie. Nie było jej!    

Wspominam Jupitera, mego dziadka, odszedł już dawno, jeśli był naprawdę a nie jedynie przymrużaniem oka. Burze! O burzach mi opowiadał. Nigdy, przez jego wyjaśnienia, ich się nie obawiałem. A za oknem właśnie się rozpętała. Waliła całą armadą - szklistymi pociskami, kawałkami pałaców, fragmentami kosmosu i budyniem po oknach. Waliło w kadłub jak w bęben, a lepki budyń skutecznie uniemożliwiał widoczność. Po nim niczym po ślizgawce kamienie zsuwały się do morza. Szczęście, że nie padały prostopadle do burt bo już byłoby po szybach. Tylko przez jedną zbitą przeze mnie gdy opuszczałem wehikuł, wchlapywał się do kuchni, jednak nie budyń a raczej krochmal, ponieważ poskąpiono cukru. Jak na zaprezentowanie tutejszej osobliwości, Bóg nie wysilił się zbytnio, ale przynajmniej nie będzie się kleić pod nogami. Po piętnastu z górą minutach bombardowanie ustało. Zabrakło chyba amunicji. Po szybach spływały grube wstęgi krochmalu tworząc wrażenie lukru albo czegoś innego. Nastał nagle spokój. Lecz czegoś mu brakowało, jakiegoś komentarza, w stylu: „Prosimy o spokój, kierownictwo nad wszystkim panuje, po to była syrena żeby ściągnąć was do statku bo przewidzieliśmy obfite opady”. Niestety Bóg milczał, Bóg się zastanawiał a zdeterminowani wierni, cóż, jak zwykle poszli po nim posprzątać.

2009-08-20

Ja czyli chomik

Syrena wyła nieprzerwanie, wibrowała, przyciągała i patroszyła. Wzmagała też wiatr oraz wzniecała wściekle piasek. To nie było zabawne. Idąc ku niej z całej siły rozważałem ucieczkę. Co z tego, skoro, żeby ją udławić, należało ją zaspokoić. Ze łzami w oczach postępowałem dalej, zgięty w pół przez napierający wicher, odgrażając się. Brnąłem, staczałem się, wywracałem aż padłem na klęczkach przed normalnymi drzwiami, w kadłubie tego czegoś co było tematem mojej podróży. Solidnymi, stalowymi drzwiami z uchwytem i napisem "Wejście". Nad nimi migotało czerwone światło a obok z głośnika dobywał się ten jazgotliwy dźwięk. Chwyciłem za nie z całej siły. Ustąpiły zadziwiająco łatwo jak na swoją wagę – zawiasy były dobrze nasmarowane. I syrena przestała wyć zostawiając w uszach resztki syrenich zawodzeń. Na próbę ponownie je przymknąłem – natychmiast wróciła z histeryczną, nie znoszącą sprzeciwu, natarczywością, .      

- Dobra już wchodzę!    

Za pierwszymi drzwiami, następowały drzwi następne i kolejne. Światło migotało z uszkodzonych jarzeniówek. Gdy pierwsze drzwi zamknęły się z łoskotem blach, dobiegł mnie, na szczęście stłumiony, uruchomiony ponownie alarm. Potem był korytarz, a właściwie cztery korytarze, połączone z sobą w zamknięty kwadrat. Tam gdzie się łączyły pod katem prostym, znajdowała się para zwyczajnych drzwi. Niektóre były zamknięte, inne rozbite jakby ktoś w panice szukał wyjścia. Wreszcie trafiłem do przedsionka, przedpokoju? Po lewej stronie łazienka, śmieszna, nieadekwatna w tym miejscu, z cieknącym, archaicznym kranem, po prawej drzwi do magazynu z żywnością. W głębi winda. Nacisnąłem przycisk i ruszyła ku mnie z trzewi kadłuba ze zgrzytem zniechęcenia. Z trudem przedostała się przez szyb i wreszcie przystanęła przede mną zrezygnowana. Wszedłem do niej potykając się o poduszkę w poszewce w kwiaty. Na podłodze leżały śmieci, między innymi bilety wizytowe, reklamówki oraz karteczka z napisem: "Jeśli jesteś zostaw dla mnie tu jakąś informację". Tańczyłem w miejscu a grali mi fałszujący muzycy!     Nacisnąłem przycisk „Piętro” i winda ruszyła ze skargą niczym stara panna, z ostentacją zatrzymując się przed mieszkaniem. Nie moim mieszkaniem! Tylko jej mieszkaniem. Zjechałem jeszcze raz na dół i ponownie do góry, licząc, że jest w tym jeżdżeniu jakiś algorytm, ale wróciłem do jaskrawo pomalowanego korytarza na piętrze. Nie wiedzieć czemu poziom statku wrócił do normy i kapcie spadły na miejsce czyli na podłogę.    

By zakryć moją nagość, wchodząc do cudzego domu, zabrałem z sobą poduszkę w kwiatki. Ostrożnie, starając się nie stwarzać żadnych odgłosów, jednocześnie uważnie nadsłuchu-jąc, przesuwałem się powoli w kierunku łazienki. Po drodze omijałem rozrzuconą damską bieliznę – tak jakby się w pośpiechu rozbierała. Nie napotkawszy na szczęście nikogo, wśliznąłem się do łazienki. Tu w bezładzie, na podłodze leżały atrybuty kobiecej urody – widomy znak, że jej tu nie było. W miejscu lustra zionęła dziura a za nią widać było moją łazienkę. Rozglądnąłem się jeszcze raz, nie było się nad czym zastanawiać – decyzję już podjąłem, musiałem się spieszyć!     

Nie wiem ile mi to zajęło czasu: znalezienie narzędzi, wycięcie luster, wstawienie ich w ramy, zaizolowanie, usunięcie śladów. Byłem spocony i zziajany kiedy dokręcałem ostatnie śruby. Zdążyłem! I wtedy daleka syrena przestała wyć. Niestety śrubokręt zostawiłem po tamtej stronie!

O mnie

katz

katz
Marzenie:

Lot w kosmos, najlepiej czymś w rodzaju wieży Eiffla. Dużo czasu na rozkręcanie (się).

Tagi:

loty kosmos niespodzianki śruby mutry podróże kobiety

Adres bloga:
http://katz.dlaniepokonanych.pl/ Kopiuj i rozsyłaj znajomym.

Zobacz inne blogi